Klub Seniora Podróżnika - wspomnienia Boże Narodzenie 2021

Dodane przez weronikast - śr., 01/05/2022 - 10:49
Na zdjęciu jest widoczna miska w której znajduję się świąteczne dania - kutia
Boże Narodzenie to niepowtarzalne zapachy i smaki z dzieciństwa.

Klub Seniora Podróżnika działający przy Wrocławskim Centrum Seniora dzieli się dziś z Czytelnikami świątecznymi refleksjami:

Pani Tereska Sz. podzieliła się z nami swoimi wspomnieniami z Libanu, przysyłając poniższe opowiadanie.

Magia Świąt Bożego Narodzenia w Libanie kraju św. Szarbela Dwa lata temu (2019 rok) w okresie świąteczno–noworocznym wybrałam się na wycieczkę do Libanu. Jest to kraj biedny ale bardzo przyjazny turystom i innym ludziom. Chociaż Liban to państwo zamieszkiwane w większości przez muzułmanów, bożonarodzeniowy klimat unosi się w powietrzu już długo przed nastaniem świąt. Wszyscy gorączkowo biegają po sklepach w poszukiwaniu prezentów dla bliskich i znajomych.
Mimo wyraźnej liczebnej przewagi wyznawców islamu w tym kraju, dzień Wigilii jest wolny od szkoły. Nawet w typowo muzułmańskich dzielnicach domy ozdobione są choinkami i światełkami. Święta Bożego Narodzenia – tradycje i zwyczaje opowiedziała nam przewodniczka. Boże Narodzenie w Libanie w porównaniu z Polską wygląda bardzo skromnie. Nie jest ważne co Libańczycy jedzą. Nie mają tradycyjnych bożonarodzeniowych posiłków, jak w wigilię w Polsce. Najważniejsze, żeby cała rodzina siedziała razem przy stole. Libańczycy mają Świętego Mikołaja, prezenty, pasterkę i choinkę. Jednak czymś bez czego nie ma Bożego Narodzenia, jest szopka. W tym kraju Szopka Betlejemska jest bardziej popularna niż Choinka. Sama szopka jest jednak grotą, jaskinią, nie stajenką. Jest ona dekorowana kiełkującą ciecierzycą, bobem, soczewicą, owsem i pszenicą, które zostały wyhodowane na wilgotnej wacie. Odwiedzający się chrześcijanie często jedzą w ten czas słodzone migdały popijane bardzo mocną kawą.

Bardzo ciekawą świąteczną tradycją libańską jest sadzenia 4 grudnia w EID el-Burbara (Dzień Świętej Barbary) na gazie lub mokrej bawełnie nasionek ciecierzycy. W okolicy Wigilii Bożego Narodzenia nasiona kiełkują, wówczas wkłada się je pod choinkę, jako symbol rodzącego się życia. W krajach Bliskiego Wschodu, w których obchodzi się Święta Bożego Narodzenia na świątecznym stole nie może zabraknąć przystawek (mezze), dań głównych z jagnięciny, warzywnych dodatków oraz oczywiście deseru. Z przystawek podaje się tu: hummus, Baba ghannouj czyli dip z bakłażana, szpinak fatayer tj. szpinakowe placki w kształcie trójkątów faszerowane ryżem i jagnięciną liście winogron. Jako danie główne, w krajach Bliskiego Wschodu na święta piecze się udziec jagnięcy, podaje się też kurczaka lub pieczeń z indyka nadziewaną owocami granatu oraz pieczoną szynkę. Do tego dodatki w postaci kaszy kuskus oraz fasolki szparagowej podawanej z orzeszkami pinii. Podobnie do katolików święta przeżywają chrześcijańscy maronici.

Też urządzają swojego rodzaju wigilię, tyle że nie zawsze stosują się do dobrze znanych nam, Polakom zasad postu. I tak na przykład na wigilijną kolację serwują przysmak, który przypomina trochę polskie gołąbki, tyle że zamiast w liście kapusty, farsz z mięsa i owoców szyszek zawija się w cienko rozwałkowane ciasto. Maronici śpiewają podczas świąt kolędy. Znacznej części Libańczyków nieobca jest postać Świętego Mikołaja, nazywanego tam z francuskiego Papa Noel. Ten i inne zachodnie bożonarodzeniowe zwyczaje Liban zawdzięcza właśnie Francji, której był kolonią przez ponad dwadzieścia lat. W czasie wycieczki nasza grupa była na uroczystej kolacji Sylwestrowej w restauracji. Oprócz dwóch grup z Polski (50 osób) było na sali ok. 200 Libańczyków. Podczas kolacji były podawane posiłki zgodnie z tradycją libańską. Na początku przystawki zimne (m.in. humusy, sałatki, tatar z wątróbki, itp.) w drugim etapie były przystawki ciepłe (m.in. pierożki, ruloniki z ciasta francuskiego z farszem serowym, itp.). Ok. północy podają danie główne mięsne (m.in. jagnięcina, kurczaki itp.). Po daniu głównym owoce i deser. Podobne imprezy w restauracji odbywają się z okazji okoliczności urodzin lub imienin. Tak o magii świąt Bożego Narodzenia opowiada Pani Tereska Sz.    

A jak wspominają święta Panie Wanda, Bożena i Tereska Ł.?

– Lubię podróżować i zwiedzać nowe miejsca. W okresie Świąt Bożego Narodzenia podróżuję myślami do mojego dzieciństwa, które spędziłam na wsi w okolicach Białegostoku. Śniegu było zawsze bardzo dużo, nie można było wyjechać z podwórka, a mróz malował przepiękne obrazy na szybach naszych okien. Choinka zawsze byłą śliczna, pachnąca prosto z lasu, a na niej świeczki woskowe, które można było zapalić tylko w obecności dorosłych. Trzeba było bardzo pilnować, bo zdarzało się, że zapłonęła cała choinka. Z potraw wigilijnych bardzo lubiłam kluski z makiem (mama robiła makaron własnoręcznie, do tego mak i bakalie), które goszczą na moim stole każdego roku. Dzisiaj przygotowania do Świąt zaczynam z moimi wnukami od pieczenia i dekorowania pierniczków. Wigilię i Święta spędzamy w szerokim gronie rodzinnym – wspomina Pani Wanda.

– Święta kojarzą się z wyjątkową atmosfera jaka panowała w moim rodzinnym domu na wsi. Zapachy gotowanych dań i wypieków. Dania i ciasta były tradycyjne takie jak: kapusta z drobną fasolą lub grochem, duża fasola tzw. jaś polany sosem z miodu, cytryny i masła, zupa grzybowa, kluski z makiem, bigos z suszonymi śliwkami, sałatka śledziowa, karp smażony, kompot z suszonych owoców. Z dań, które zawitały później już w moim domu to barszcz czerwony z uszkami, pierogi z grzybami, kutia, karp w galarecie, kisiel z żurawiny. Ciasta tradycyjne to piernik, małe pierniczki, strucla z makiem oraz sernik. Stół przykryty białym obrusem pod którym jest sianko, na stole dekoracje gałązki świerku i rokietnika, jest też miejsce dla niespodziewanego gościa. Wywodzę się z rodziny która kultywuje tradycje z wielkopolski – mówi pani Bożena.

– Moje święta dzieciństwa to zapach pomarańczy, karp pływający w wannie i robienie metrowych łańcuchów na choinkę. Obecne święta to zapach pierników, rodzina zgromadzona wokół stołu. Stół z tradycyjnymi potrawami, niektóre potrawy goszczą na stole raz w roku np. kutia, karp w galarecie, kompot z suszonych owoców. Uśmiechnięte dzieci, szczęśliwe wnusie zerkające z ciekawością w stronę choinki. Nie ma wspanialszego widoku, takich szczęśliwych chwil się nie zapomina, pozostają w moich wspomnieniach i sercu na zawsze – mówi Tereska Ł.  

Natomiast Pani Ewa Alfut dzieli się z nami pięknym opowiadaniem:
W magicznym obłoczku  świątecznych wspomnień... Przechadzam się po wrocławskim, już bożonarodzeniowym Rynku. Chociaż to dopiero połowa listopada, nad miastem unosi się Duch Bożego Narodzenia, szczególnie wieczorami, w wolną sobotę, czy w niedzielę. Wrocławianie i nie tylko wrocławianie tłumnie odwiedzają Jarmark Bożonarodzeniowy. Rozglądam się po rozstawionych kramach pełnych świątecznych (i nie tylko) bibelotów, przysmaków. Na dłużej zatrzymuję się przy stoisku z kolorowymi bombkami, najróżniejszymi, pięknymi, kuszącymi kształtem i kolorem... Zaopatrzona w świąteczny kubeczek (tym razem błękitny jak niebo), wypełniony smakowitym grzańcem, przysiadam na ławeczce, zamykam oczy i przenoszę się oczyma wyobraźni, w odległy już, a przecież ciągle tak drogi i bliski, świat dzieciństwa. Widzę małe miasteczko w woj. łódzkim w „centrali”, jak mówią niektórzy. Jestem w domu Dziadków (który był i moim domem) rozgrzanym ciepłem płynącym od węglowej kuchni, na której w dużych garnkach coś smakowitego się gotuje. Przy piecu Babcia miesza w glinianej makutrze, przygotowując pyszną drożdżóweczkę, apetyczne makowce, co i rusz dorzucając do wnętrza jakiś rarytas, w postaci np. rodzynek (produkt wówczas drogi i trudny do zdobycia), skórki pomarańczowej... Spoglądam przez nie do końca jeszcze odmrożone okna, na których mróz wymalował oryginalne kwiaty (zimy były srogie i prawdziwe). Przy widocznej na podwórku szopce, na pniaczku do rąbania drewna, Dziadziuś ociosuje piękny, zielony świerczek, który z samego ranka, pokonując śnieżne zaspy, przyniósł z lasu. Wieczorem stanie on w rogu pokoju, a dla mnie zacznie się jedna z najbardziej oczekiwanych świątecznych przyjemności – ubieranie choinki. Obecna „ja” uśmiecham się sama do siebie, rzucając okiem w kierunku przed chwilą oglądanych cacuszek i wracam myślami do siebie sprzed lat, wracam do mojej choinki. Znajdzie się na niej kilka kupionych na te święta bombek. Niewiele, bo są drogie i trudno je znaleźć w sklepach (moi Dziadkowie nie są zamożnymi ludźmi). Resztę miejsca na zielonych gałązkach zajmą pracowicie wykonane, na lekcjach zajęć praktycznych i w domu, papierowe łańcuchy, kolorowe koszyczki, rumiane jabłuszka, orzechy zawinięte w sreberko. Zbierało się te sreberka długo i pracowicie, po zjedzeniu czekolady czy czekoladowego cukierka (niezbyt często), wygładzało dokładnie, wkładało między kartki książek, gdzie cierpliwie czekały świątecznego czasu. Od pewnego momentu na choince pojawiają się słodkie sopelki, których zbyt wcześnie zdejmować nie wolno, chociaż bardzo kuszą. Wreszcie Dziadziuś mocuje umieszczone w specjalnych lichtarzykach świeczki, które, zapalone tuż przed  kolacją wigilijną, będą radośnie mrugały do rodziny zgromadzonej przy świątecznym stole, obowiązkowo nakrytym białym, wykrochmalonym obrusem. Na co dzień jest nas niewielu, ale na święta zjeżdża się cała rodzina. I to jest piękne.

Nestor rodu – Dziadziuś – modlitwą  rozpoczyna Wieczerzę (nie pamiętam, by czytało się Biblię, nawet chyba nie było jej w domu). Wyposzczona rodzina (chociaż jedynie Babcia pościła tak naprawdę), zabiera się za pierwszą, najważniejszą, najsmaczniejszą potrawę – wodę śledziową, do której koniecznie muszą być postne, gorące ziemniaki. Potem czas na makaron, zalewany kompotem z suszu, smażoną rybkę i ciasto... Potraw było niewiele, nie było prezentów pod choinką, jednak, co najważniejsze, po domu wypełnionym ludźmi krążyła Radość z cudu narodzin Jezusa, obecna w rozmowach, słowach śpiewanych wspólnie kolęd, oczekiwaniu na pasterkę... A za oknem panowała zima, rozciągały się otulone śnieżną pierzynką pola, czyste i białe, jak opłatek, którym dzielono się nie tylko z ludźmi, ale obowiązkowo z krówką i innym bydełkiem. I przez kolejne dwa dni jedzono, cieszono się, rozmawiano, wspólnie, razem, rodzinnie. Zazwyczaj w drugi dzień świąt zjawiali się kolędnicy, co odeszło już w niebyt, a tak bardzo radowało i urozmaicało i tak niezwykle barwne chwile. Przeleciały lata, odeszli Dziadkowie, dorosłam, przychodziły kolejne Wigilie, bogatsze, bardziej kolorowe, pełne prezentów, wspomnień, radości dzieci, oczekiwań... Kończy się wino w moim kubeczku, czas wrócić do teraźniejszości, powoli zaplanować przygotowania do świąt. Zawsze cieszą, zawsze się na nie czeka, bo radość z bycia razem w czasach, gdy rodziny są coraz bardziej rozproszone po różnych zakątkach świata, niezależnie od zmian zachodzących wokół, jest najważniejsza i największa.

Czym dla mnie są święta? Są właśnie rodzinnym spotkaniem, wspólnym śpiewaniem kolęd, wyłączonym telewizorem, odłożonym laptopem i smartfonem, radosnym przywitaniem Maleńkiego Gościa, który w dalekim Betlejem, ale i w naszych sercach rodzi się wciąż na nowo, by nieść światu radość, nadzieję, miłość. Są także nutką nostalgii i smutku za tymi, których już nie ma, są w zapachu pomarańczy, tak kiedyś rzadkich i obecnych (i to nie zawsze) tylko na święta, są w smaku wody śledziowej, której od chwili odejścia Dziadków nigdy więcej nie jadałam (rodzina preferowała inne potrawy), są w radosnych buziach dzieci (tych większych i tych mniejszych), są w zmęczeniu po świątecznych przygotowaniach...

A gdyby ktoś był ciekaw, cóż to takiego ta woda śledziowa, bez której najsuciej zastawiony stół nigdy nie był pełen – dopowiem.  To nie zupa śledziowa. Ot, po prostu, w gorącej wodzie należy zaparzyć pokrojoną cebulę, dodać ziela angielskiego, parę kuleczek pieprzu, listek laurowy, odrobinę octu, soli, zabielić śmietaną (Babcia rozcierała mlecz wydobyty z wnętrza śledzia), pokroić śledzie na małe kawałki, dodać do wywaru, zamieszać, przestudzić i spożywać ze świeżo ugotowanymi, gorącymi ziemniakami.  

Zdjęcia z Libanu pochodzą z archiwum Pani Teresy Sz.