Stowarzyszenie Związek Byłych Żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej – Odział we Wrocławiu – wspomnienia Boże Narodzenie 2021

Dodane przez weronikast - wt., 01/04/2022 - 14:16
Nuty

„Z okresu wojny, zapadły mi w pamięci dwie wigilie ta z roku 1940 i 1943” – mówi Ryszard Kłosiński ze związku byłych żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej oddział wrocławski. Prezes oddziału wrocławskiego.

Wspomina dwie Wigilie bożonarodzeniowe z okresu II wojny światowej.

Wspomnienie wigilii z 1940 r. Urodziłem się w mieście Sarny na Wołyniu na granicy polsko-rosyjskiej. Mój ojciec był z zawodu zdunem, remontował i budował piece ocieplające kuchnie w domach. W tym czasie ojciec prowadził swój zakład i wykonywał prace, razem z moim starszym bratem (który miał wtedy 15 lat). Dzień przed Wigilią, Ojciec z moim bratem wrócili z Kresowa do Sarn. Zaczęliśmy szykować się do spotkania wigilijnego. To była pora popołudniowa, wieczór, mama przygotowała rybę - karpia, (ojciec ryby łowił w rzece Słucz, która przepływała przez naszą miejscowość).

Szykując się do wieczerzy wigilijnej nagle usłyszeliśmy „walenie” do drzwi naszego domu. Dom był położony na obrzeżach miasta. Mój brat otworzył drzwi i do kuchni wszedł cywilnie ubrany Rosjanin (1940r. okupacja rosyjska) oraz NKWD-ziści z bronią.
– Czy tu mieszka Franc Francowicz Kłosiński? – zapytał Rosjanin
– Tak, tu mieszka – odpowiedział brat i podszedł do taty. Ojciec wszedł do kuchni i usłyszał ponownie pytanie:
– Czy to Pan? – padło pytanie Rosjanina
– Tak, to ja – odpowiedział tato.
– Ubieraj się, pójdziesz z nami! - powiedzieli NKWD-ziści i zaaresztowali ojca. Ojciec zdążył tylko szepnąć mamie „Jedźcie do Dominika” i wyszedł z domu. Szybko się spakowaliśmy i saniami pojechaliśmy do wiejskiego domu koło Sarn, gdzie mieszkał mamy brat – Dominik. Tam spędziliśmy wieczerze, właściwie to już była rozpacz. Ta wigilia zapadła mi tak w pamięć, że widzę ten obraz bardzo wyraźnie do dziś, chociaż miałem wtedy 5 lat. Ojciec wrócił po 3 miesiącach do domu, nieogolony, nieostrzyżony. Byliśmy nadal w domu wujka, Ojciec wszedł do domu z mamą, ale ja go nie poznałem. Zaczęliśmy rozmawiać i zapytał:
– A twój tatuś gdzie jest?
– Nie ma tatusia bo aresztowany? – odpowiedziałem.
– To może ja będę twoim tatusiem? – zapytał.
– Jak, gdzie? – odpowiedziałem i chciałem się odepchnąć. Oparłem się o niego i patrzę...a to sweter mojego ojca... i jak bliżej się przyjrzałem, to dopiero mojego ojca rozpoznałem i... to wtedy była wielka radość. Okazało się, że tatę aresztowali, żeby zrobić remont ogrzewania w siedzibie NKWD.      

Wspomnienia Wigilii z 1943 r.

Pod koniec lipca 1943 r. wstąpiliśmy cała rodziną (mama, tato i ja) do oddziału AK wujka Bomby pod Sarnami (w dniu przystąpienia do oddziału zginął mój brat) i przenieśliśmy się do Starej Huty (15.08.1943 r.). 4 września 1943 r. w potyczce ze sztabem Bulby zginął mój ojciec.

W połowie grudnia 1943 roku Wujek Bomba – kpt. Kochański został zaproszony z obstawą do oddziału partyzanckiego – rosyjskiego NKWD na Wołyniu. Został podstępnie aresztowany przez służących w tym oddziale. Część obstawy została rozstrzelana w lesie a wujek Bomba został zesłany na Syberię. Oddział musiał się usunąć. Została wtedy ogłoszona koncentracja wszystkich oddziałów AK. W rejonie utworzona została 27 Wołyńska Dywizja Piechoty AK w rejonie Kowna.

Spod Starej Huty (kilka kilometrów od granicy polsko-rosyjskiej) udało nam się uciec. W ciągu 2 dni znaleźliśmy się pod Sarnami, pod moim rodzinnym miastem. To była Wigilia Bożego Narodzenia. Czułem się źle, miałem gorączkę. Pamiętam, dzieliliśmy się wtedy kawałkami drobnego chleba, jedliśmy co się tylko dało (chleb i ziemniaki), to był naprawdę trudny czas, Wigilia była bardzo skromna. Po zjedzeniu owoców, upieczonych placków, chleba, po tym wszystkim siedzieliśmy w budynkach (wieś Janówka – opuszczona wioska) – w starych zaniedbanych domach. To tam spędziliśmy tę wigilię bez żadnych szczególnych dań. To była symboliczna wigilia, zaśpiewaliśmy kolędy, złożyliśmy życzenia.

Zapamiętałem szczególną rzecz, pewien chłopak zrobił pokaz. Był akordeonistą, zaczął grać kolędy i melodie, których ja nie znałem. Drugi chłopak rozebrał się do koszuli, zawinął rękawy pod sam bark i założył ręce na głowę. Następnie w rytm tej melodii, pracowały mu muskuły i te muskuły jakby tańczyły w rytm melodii. I to była pożegnalna Wigilia z oddziałem Wujka Bomby, który 29 grudnia wyruszył w rejon Kowna. Ja z gorączką zostałem w wiosce Janówce. Dowódca oddziału, który zastąpił Kochańskiego, pseudonim „Szczepcio” napisał kartkę do szefa konspiracji w Sarnach, żeby się zaopiekował mamą i mną chorym. Przenieśliśmy po Nowym Roku ze wsi Janówka do naszego domu rodzinnego w Sarnach. „Szczepcio” polecił, żeby mną się zaopiekował lekarz z wojsk węgierskich (Węgrzy nawiązali współpracę z AK i współpracowali z naszym podziemiem). I tak się zakończyły moje przygody z Armią Krajową, a za tydzień wkroczyli Rosjanie.